W socjaliźmie mieliśmy klasę robotniczą albo lud pracujący miast i wsi, w kapitaliźmie mamy zasoby ludzkie. Te dwa ustroje różnią się diametralnie – mianowicie, w kapitaliźmie mamy do czynienia z wyzyskiem człowieka przez człowieka, a w socjaliźmie jest na odwrót.
Określenie "zasób ludzki" to taka sama sztuczka językowa jak np. eufeministyczne nazywanie uśmiercania aborcją czy eutanazją. To typowa praktyka stosowana w ustrojach totalitarnych.
Jej celem jest zmiana pojęć i odhumanizowanie istoty ludzkiej, bo termin 'zasób ludzki' nie wiąże się z uczuciami wobec drugiego człowieka i brzmi tak samo neutralnie jak np.: surowiec naturalny, tłuszcz zwierzęcy czy odpad poprodukcyjny.
Z punktu widzenia zarządzającego produkcją emeryt/rencista jest takim wykorzystanym i niepotrzebnym już odpadem poprodukcyjnym, który trzeba poddać recyklingowi (obecnie – zatrudnienie na 1/2, 1/4 etatu) lub zutylizować (w nieodległej przyszłości – eutanazja lub przerób na biopaliwo ew. na karmę dla ryb).
W firmach prowadzi się ewidencję środków trwałych. Czy w przypadku "zasobów ludzkich" jest coś analogicznego? Może nie ma takiej potrzeby, bo zasoby to coś co z definicji jest nietrwałe i może się skończyć jak pokłady wegla, więc szkoda angażować do ich obsługi osobny dział.
Odhumanizowanie 'zasobów ludzkich' państwa bardzo ułatwia rządzenie krajem. Gdy operuje się na procentach, liczbach i roboczogodzinach, to prościej podejmować decyzje, zwłaszcza te niepopularne.
Gdy minister mówi o wzroście bezrobocia z 8 do 10%, to jest to tylko zmiana o dwa punkty procentowe; nikt nie ma wtedy przed oczami tych kilkudziesięciu tysięcy ludzi, którzy zostali bez pracy, a suma środków na utrzymanie ich rodzin właśnie drastycznie spadła. Dzięki temu premier żyje sobie spokojnie i nie łysieje od zmartwień.




pozdr